Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
1615 postów 408 komentarzy

wyszperane i otrzymane

Jacek - Zaglądam tu i ówdzie. Częściej oczywiście ówdzie. Czasem coś dostanę, ciekawsze rzeczy tu dam. ''Jeszcze Polska nie zginęła / Isten, áldd meg a magyart'' Na zdjęciu jest Janek, z którym 15 sierpnia byliśmy pod Krzyżem.

Wyjście panien wizytek. NOC I ŚWIT.

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

"Czuwajcie i trzeźwymi bądźcie, albowiem nieprzyjaciel wasz diabeł krąży, jako lew ryczący, szukając, kogo by pożarł"

za:  

http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=13223&Itemid=80

==================

....Siostra Agnieszka od Baranka Bożego krzyczy wielkim, wielkim głosem: „Cieszcie się ze mną! „

======================

Zofia Kossak, „Ognisty wóz”, „W Polsce podziemnej”, PAX 1999

 

Siostra Agnieszka od Baranka Bożego chorowała na gruźlicę kości od tak dawna, że młodsze siostry nie wyobrażały jej sobie inaczej niż leżącą, bezwładną, do cienia podobną, cierpliwym uśmie­chem dziękującą za każdą posługę. Zdziwiłyby się posłyszawszy, że ta mara o ciele pokrytym bolesnymi odparzeniami prowadzi życie dynamicznie czynne i czuje się szczęśliwa.

 

W dawnych latach, gdy jeszcze pozostawała "na chodzie", sio­stra Agnieszka nie wyróżniała się w swym pojęciu żadną cnotą, umiejętnością ani zdolnościami. Posiadała tylko wiele cierpliwości i dlatego zapewne - sądziła - Bóg zesłał jej krzyż na miarę sił. Cierpliwe znoszenie bólu stało się jej życiowym zadaniem. Wykonując to zadanie najlepiej, jak mogła, uzyskiwała bezcenny kapitał, którym wolno jej było rozporządzać do woli. Każdy nowy dzień cierpienia był przez nią ofiarowany za taką lub ową duszę, za tych lub tamtych grzeszników. Dorzucony najpokorniej do Męki Zbawiciela, stawał się pociskiem niewolącym Niebo. Brakło dni, brakło nocy, by "obmodlić" wszystkie sprawy. Siostrze Agnieszce zdawało się nieraz, że słyszy wołające o pomoc ,głosy, widzi wyciągające się dłonie. toteż bardzo rzadko pozwalała sobie na modlitwę we własnej intencji. Prosiła wtedy, by Bóg raczył przyjąć jej obecne cierpienia jako pokutę czyśćcową i po śmierci dopuścił do Nieba, za którym bardzo tęskniła. Wstydziła się tej egoistycznej modlitwy, choć spowiednik zapewniał, że nie ma w niej nic  grzesznego.

 

Gniew Boży w postaci wojny i sroższej od wojny okupacji trwał nad Polską od paru lat. Siostra Agnieszka wiedziała o tym ze skąpych informacji sióstr, z ich roztargnionych spojrzeń, niespokojnych ruchów. Modliła się więc tym bardziej za giną­cych i zaginionych, za ofiary, a także za katów, jako najbardziej modlitw potrzebujących. Wymawiając słowa: "Przyjdź królestwo Twoje" płakała, tak piękny zdawał jej się zwid królestwa cichości i prawdy, sprawiedliwości i pokoju, w porównaniu z tym, co się działo na świecie, i rozumiała, że Królestwo Boże nie może być ziszczone na ziemi, gdyż ludzie nie tęskniliby wówczas do Nieba.

O wybuchu Powstania dowiedziała się sama, gdy tynk z pu­łapu celi opadł na jej łóżko. Odtąd przez dwa miesiące nieustanny łoskot wystrzałów i bomb wstrząsał murami klasztoru.

Siostry patrzyły z poddasza na morze ognia zalewające Wolę, Powiśle, Starówkę, Sewerynów. Huk pożaru głuszył odgłos strzałów. Pomału następowała śmierć poszczególnych dzielnic. Na koniec przyszła kapitulacja i wygnanie ludności. Huk trwał nadal. Niemcy podkładali miny pod ocalałe domy.

Przyszła kolej na kościół i klasztor. Siostry otrzymały roz­kaz opuszczenia swego domu - drogiego schronienia, z którego wychodziło się furtą niebieską, w którym zapominano, że istnieje inny świat, nie dzielący dnia na jutrznię, nonę, nieszpory, kompletę. .. Nie przygotowane do życia jego mieszkanki, nie po­siadające nic, bezdomne - co poczną, gdzie się podzieją?

- Bóg nas powiedzie - powiedziała matka przełożona, więc twarze pozostawały spokojne. Patrzyły w Najświętszy Sakrament pełne głębokiej ufności. O nadziejo, najpiękniejsza z cnót! Tyś Bożą rośliną, zieleniejącą wiecznie na gruzach ludzkich złości i na pogorzeliskach nieszczęścia. Bez ciebie bezsilna jest wiara i jałowa miłość. Najcudowniejsze cnoty staną się wadami, jeśli w nich zabraknie ufności. Nawet niebo byłoby nieme i głuche, a Bóg obojętny. . .

 

Niemcy przynaglali, klęli. Oficer nalegał. Był katolikiem, więc pozwolił odprawić nabożeństwo, nie legitymował księdza powstańca, ale teraz już dosyć, dosyć! Czy siostry chcą go skompro­mitować wobec jego władz?

Wyszły bez sprzeciwu. Nie wolno im było nic zabrać, więc uniosły tylko krzyż z relikwiarzem. Tym krzyżem matka przeło­żona przeżegnała opuszczany dom i odwróciła się prędko.. Szły pieszo młode i stare, tylko kilka ciężko chorych pozwolono wieźć na użyczonym przez litościwego oficera żołnierskim wozie. Nie mając wprawy siostry Agnieszki w znoszeniu cierpienia, chore jęczały, gdy wóz podskakiwał na wybojach. Idące śpiewały "Salve Regina", lecz głos im zamierał na widok obrzydliwości spustoszenia rozpościerającego się wkoło. Wiedziały od ludzi, że Warszawa nie istnieje, lecz nie sądziły, że obraz ten jest aż tak okropny. Minęły bezkształtny kadłub kościoła Świętego Krzyża bez wież i dachu. Przed wejściem, na ziemi, zwalony posąg Chrystusa, dłoń - dawniej przyzywającą - wznosi ku niebu, jakby grożąc karą. Ogród Saski nie istnieje. Przez rzadkie kikuty potrzaskanych drzew widać wypalone ruiny Marszałkowskiej. Nie ma kolumny osłaniającej dawniej Grób Nieznanego Żołnierza, z postumentu pomnika księcia Józefa znikli jeździec i koń. Tylko misa fontanny w ogrodzie ocalała, niby czara pełna łez. Wylot Karowej, przegrodzony kobiercami i arrasami z Pałacu Rady Ministrów, butwiejącymi na deszczu, posiekanymi kulami. Spłowiałe barwy błękitne, karmazynowe zdają się echem zamarłej przeszłości. W powietrzu dym i dławiący czad zmieszany z zaduchem rozkładających się ciał.

 

Mniszki kroczą odrętwiałe. Nie wiedzą, przez jakie ulice prowadzi szlak, którym idą, szlak z grubsza oczyszczony przez niemieckich saperów, by umożliwić dojazd do Wisły. Oczy darmo szukają znajomego kształtu, który by mógł być wskaźni­kiem. Wprawdzie posępna monotonia ruin zachowuje pewne różnice, lecz są to różnice nie formy, ale rozkładu. Wszystkie domy zostały zniszczone, tylko nie wszystkie zostały zniszczone jednako. Ocalałe z Powstania, wysadzone minami po kapitulacji, zmieniły się w kopce gruzu. Zeszłowieczne domy z cegły, wypa­lone w czasie walk, zachowują ślad rysunku. Można snuć wspom­nienia wokół sczerniałych oczodołów okien i wyobrażać sobie życie, które je wypełniało. Nędznie przedstawiają się ruiny domów nowoczesnych, wznoszonych z żelaza i betonu. Żelazo wygięło się w ogniu, rozsadzając ściany, szare płaty cementu zwisają pokracznie, pręty wystają zewsząd niby z rozdartego kosza.

Najgorzej wyglądają domy zwalone podmuchem. Są po prostu zgniecione, zdeptane - dach wbity w piwnicę, piwnica wyniesiona  nad dach, miazga murów, belkowin, sprzętów i zwłok ludzkich. Gdzieś w ruinach pies wyje rozdzierająco: został uwięziony w za­walonej piwnicy albo skowyczy z przerażenia nad tym, co ludzie zrobili. Do grozy wędrówki dołącza się jeszcze myśl, że tu nie przeszedł kataklizm, trzęsienie ziemi, huragan ani powódź: to zniszczenie jest dziełem świadomym rąk ludzkich.

Idące zakonnice jeszcze nie minęły przedmieść, równie jak całe miasto wypalonych, gdy mrok zapadł. W raz z mrokiem chmury spuściły się niżej i począł padać deszcz. Żołnierz woźnica oświadczył, że musi już wracać do oddziału, i głuchy na wszelkie prośby, pościągał chore siostry z wozu. Obiecał, że jeśli otrzyma rozkaz, przyjedzie nazajutrz rano, by je powieźć dalej, a jeśli rozkazu nie otrzyma, to niech sobie radzą, jak mogą. Zaciął konie i szybko odjechał. Jemu też pilno wyrwać się z tego cmentarza.

A siostry zostają. Pierwszym ich staraniem jest ułożyć chore pod murem, dającym pewną osłonę przed deszczem. Matka przełożona okrywa je pieczołowicie, uspokaja, pociesza. Nachy­liwszy się nad siostrą Agnieszką od Baranka Bożego milczy długą chwilę, gdyż zdaje się jej, że siostra umarła. Zapadłe powieki, zaostrzony nos. Ale na skroniach widnieją krople potu, zdradza­jące, że siostra Agnieszka żyje jeszcze i cierpi. Ostrożnym ruchem matka przełożona ściera tę rosę udręki. Jest to jedyna ziemska przysługa, jaką może okazać swej córce zakonnej.

Czas teraz zająć się zdrowymi. Skupione pośrodku szlaku, do niedawna tak mężne, obecnie są przerażone i struchlałe. Bóg wydaje się daleko, rzeczywistość jest okropna. Jeszcze chwila, a niektóre poczną szlochać w głos. Godzina ciemności rozpościera­jąca się nad światem jest zarazem godziną pokusy.

"Czuwajcie i trzeźwymi bądźcie, albowiem nieprzyjaciel wasz diabeł krąży, jako lew ryczący, szukając, kogo by pożarł" śpiewały co dzień, bezpieczne w zacisznych murach, osłaniane obecnością Najświętszego Sakramentu. Teraz, gdy nieprzyjaciel krąży niewątpliwie blisko, gdy słyszały jego kroki, widziały jego ślady - słowa więzły w gardle bezsilne. Nie czuły się ani czujne ani trzeźwe, lecz rozstrojone i słabe. Wiedziała o tym matka przełożona i krzepiła się wprzód sama, gdyż tylko mężny po­trafi drugich natchnąć odwagą. Powtarzała w duchu: "Wiem, o Boże mój, że nic mnie nie spotka, czego byś mi od wieków nic zasądził, nie przeznaczył i do moich sił nie dostosował. . . Dosyć mi jest na tym, Panie Boże mój, dosyć mi jest na tym. . ."

 

,,.. i do moich sił nie dostosował. . .« Nie lubuje się Pan w zadawaniu męki i w łzach stworzenia. Nie uczynił krzyża ani o włos cięższym, niż to jest potrzebne dla życia i zdrowia duszy. A stworzeniu pozostawił wolną wolę przyjęcia tego krzyża dobrze albo źle, z pokorą i ufnością lub gniewem i buntem. . . Siostry moje i ja zdajemy teraz egzamin. . ."

Matka przełożona nie wypowiada tych myśli głośno, uważając, iż w dobie pokusy różaniec jest lepszą tarczą niż najmędrsze słowa. Poczynają przeto odmawiać zdrowaśki. Tajemnica na dzisiaj wypada chwalebna. Ale i tarcza nie chroni, kiedy serce mdleje. Zakonnice wtórują przełożonej nieśmiało, oglądają się na boki lękliwie. Wszystkie są przemoczone i zziębnięte, a przed nimi nieskończenie długa noc.

 

Nagle krzyk ponad głowami:

Siostry, siostry...

 

Nie pojmują, kto je woła. Głos - mocny, jakby z męskiej piersi, pełen radości jak dzwon wielkanocny. Długa chwila minie, zanim rozpoznają, że to siostra Agnieszka od Baranka Bożego krzyczy wielkim, wielkim głosem:

- Siostry! Ja Niebo widzę! Siostry! Ja do Nieba idę!...

 

        Otaczają ją klęcząc, dostrzegają w mroku rozwarte usta, płonące oczy. I głos nabrzmiały triumfem, wołający uporczywie:

 

        Ja Niebo widzę! Ja do Nieba idę!. . . Cieszcie się ze mną, bo do Nieba idę!   

Przytomna ściska dłonie towarzyszek, oczy utkwiła w jasność niewidzialną. I za przewodem umierającej, siostry zdają się dostrzegać chwałę zgotowaną tym, co Boga miłują. Ciemność, gruzy, nieznana przyszłość - tracą swe znaczenie. Noc wygna­nia i klęski przemienia się w świt.

 

Było to w październiku 1944 roku.

KOMENTARZE

  • TEJ TRAGEDII WARSZAWY BYŁA WINNA PRZEDWOJENNA WASP-OWSKA MASONERIA
    Ilekroć rozważamy mękę Warszawy - winni jesteśmy przypomnienia prawdy, że to ludobójstwo na Polakach było konsekwencją świadomego odebrania Polakom-katolikom państwa przez mafię depopulacyjną (określenie blogera "podlasie21" masonerii WASP-owskiej). Należy dopowiedzieć, że dzisiaj rządzą naszym państwem ludzie, którzy tak samo CHCĄ aby Polski nie było, żeby Kościoła Świętego nie było, żebyśmy byli niewolnikami, cudzą własnością.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

ULUBIENI AUTORZY

więcej